42. Berlin Marathon – odgrzewam kotleta

Miałem w tym roku nie biegać żadnych maratonów. Pojawiła się jednak opcja przygarnięcia pakietu startowego od Adidas Polska. Jeden z największych maratonów świata, owiany wręcz legendą wśród biegaczy, i jak tu nie wystartować? Szybka decyzja i zaczęło się…

IMG_20150927_063604

Z początku trzeba było dość radykalnie zmienić plan treningowy i za to odpowiedzialny był Jacek Sobas. Do przygotowania się miałem 2 miesiące, więc ani dużo, ani mało. Starałem się dość rzetelnie wykonywać wszystkie treningi, ale wychodziło różnie. Jedynie wrzesień miałem przepracowany zgodnie z „rozkładem jazdy”. Do Berlina jechałem z dwoma głównymi celami. Pierwszy z nich związany był z konkursem, który ogłosiliśmy na łamach Grupy biegowej runnersclub.pl Wrocław i jego realizacja polegała na wygraniu rywalizacji z Krzyśkiem. Kolejny, już bardziej osobisty, to nowa życiówka.

IMG_20150912_195457

Poprzedni wynik nie był wyśrubowany (3:27), ale szczerze, to nie czułem w ogóle mocy. Bałem się tego dystansu jak szczeniak burzy. Cała ta „nakrętka” na rywalizację dodatkowo mnie spinała i praktycznie do 21 kilometra leciałem w stresie. W Berlinie pojawiliśmy się w przeddzień zawodów, żeby biec na świeżych nogach i po dobrze przespanej nocy. O zwiedzaniu miasta nie było mowy. Tylko expo „na szybciora” i do hostelu wyciągnąć nogi na łóżku. Noc przed startem była kluczowa, dlatego po oglądnięciu Szklanej Pułapki 3, poszliśmy dość szybko spać. O 3 w nocy obudziła mnie gastrofaza i dostałem pierdolca. Zjadłem kubeł makaronu z pesto i zmęczony 15 minutowym śmiechem zasnąłem. Poranek był już jedną wielką psychiczną obstrukcją. Szybka kawa i… Brak efektów. Zawsze działała, jak natura chciała, a teraz nic! Oczami wyobraźni już czułem tego ToiToi’a gdzieś na trasie maratonu.

IMG_20150926_175419

Zawinięci z folię nrc jak kebaby ruszyliśmy z Krzychem powolnym krokiem na linię startu. Dwa kilometry spaceru, pierwsze promienie słoneczne i grupki spływające w jednym kierunku. Bardzo malowniczo. Na mostach prowadzących do Tiergarten rzeka ludzi, po horyzont. Ustawiliśmy się w swojej strefie jakieś 40 minut przed startem. Dopiero na kilka minut przed 9:00 zaczęło się robić gęsto a w powietrzu było czuć maść z tygryskiem i niedoprane startówki. Samo odliczanie i start bez większej pompy. Nikt nie walnął z armaty i gdyby nie to, że wypuszczono żółte balony z helem, to obawiam się, że nie zorientowałbym się, że to już czas spinać poślady.

IMG_20150927_063057

Początek spokojnie, zgodnie z planem na negative split. Już pierwsze kilometry pokazały, że to będzie ostry slalom. Bardzo duża grupa biegaczy wierzących, że biegnąć po wyrysowanych na asfalcie trzech niebieskich paskach, zrobi rekord świata. Praktycznie wszystkie zakręty biegliśmy po zewnętrznej. Tempo staraliśmy się trzymać lekko ponad to na zakładane minimum. Na 10 km kontrolnie spojrzeliśmy na zegarki i było jasne, że mamy całkiem fajny „zapas”. Co 7 km ładowałem w siebie żel isopower’a i biegło mi się bardzo dobrze. Żadnych zjazdów energetycznych.

IMG_20151007_162912

Kibice dopisali i praktycznie na każdym punkcie trasy można było liczyć na doping. Gdzieś lekko za połową dystansu był mały zbieg i tempo mi lekko wzrosło. Poczułem wtedy, że to jest to optymalne tempo. Nasz równy do tej pory krok zaczynał się rozjeżdżać i miałem wrażenie, że męczymy się za bardzo. Na którymś z wodopojów odpuściłem płyny, a Krzychu utknął w korku. Tutaj muszę wtrącić, że tak fatalnego korzystania przez maratończyków z wodopojów nie widziałem nigdzie. Po stronie organizatora wszystko działało perfekcyjnie, jak dobrze zaprojektowana i naoliwiona niemiecka maszyna. To biegacze tworzyli zatory, zabiegali sobie drogę, pchali się, wylewali sobie wzajemnie wodę i nie odbiegali na bok. Jednym słowem – masakra. Kiedy Krzychu utknął gdzieś w tym chaosie, ja już lekko odbiegłem. Próbowałem go jeszcze zlokalizować odwracając się kilka razy, ale po chwili usłyszałem „leć, leć!”. Mam też wrażenie, że padł soczysty „przecinek”, ale może zmyślam…? To był koniec naszego braterskiego pojedynku. Teraz musiałem walczyć z samym sobą. Od 35 km złapała mnie taka kolka, że myślałem przez chwilkę o zatrzymaniu się. Tempo spadło mi do 5 min/km. Próbowałem wszystkich możliwych sposobów i nic. Zaciskałem zęby i starałem się po prostu o niej nie myśleć. Po kilku km ból jakoś się rozmył i mogłem się skupić już tylko na dawkowaniu pozostałej mi w nogach energii. Na 41 km dorwała mnie już lekka bombka. Poczułem, że słabnę i nerwowo wpatrywałem się z nieukrywanym  utęsknieniem w horyzont, szukając Bramy Brandenburskiej. Na ostatnich metrach mocny doping spikera i przeleciałem przez linię mety. Zastopowałem Polara i nie mogłem uwierzyć. Pokazywał 3h i 17 minut z groszami. Byłem przeszcześliwy! Nie wykluczone, że uroniłem nawet małą kropelkę. Potu, nie moczu. Udało się złamać 3:20:00 i to jeszcze z fajnym zapasem.

IMG_20151007_163338

Idąc za tłumem dostałem medal i bezalkoholowe piweczko (swoją drogą najlepsze 0% jakie w życiu piłem!). Przycupnąłem w słońcu czekając na Krzycha, zacząłem się rozciągać i starałem się wytłumaczyć starszej Niemce, że ja kajne grencen, niśt szisen i ogólnie to kaput. Kiedy Krzychu zjawił się kowbojskim krokiem, ja byłem już lekko wyziębiony, więc zawinąwszy się ponownie w plastik ruszyliśmy powoli do hotelu wymieniając po drodze swoje spostrzeżenia. No i chyba tyle? Tych wszystkich, którzy nie usnęli czytając ten tekścik, pozdrawiam. Do następnego wpisu!

zal-fight-serce

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*