Bez zegarka nie biegnę…

No i zaczęło się kwadrans po 19. Będąc jakieś 200m od domu przypomniałem sobie, że zostawiłem zegarek w runnersclubie. I co teraz? Przecież nie pobiegnę bez zegarka, bo jak to tak…? Śladu nie będzie i trener mi nie uwierzy, że biegałem.Kiedy już zegarek miałem na ręce, a wyświetlacz pokazywał „GPS 100%”, byłem gotów do walki! Walki z samym sobą, poweselnym kacem i wszelkimi przeciwnościami losu. Pech chciał, że było ich dziś całkiem sporo.

 W planie miałem dziś siłę biegową, a bieganie z latarką na czole nie należy do moich ulubionych dyscyplin, więc zamiast podbiegów wybrałem skipy. Na pierwszym kółku rozgrzewki dość solidnie dziabnął mnie w łydkę jakiś amator nordic wleking. Bezczelność i chamstwo tak wywijać ostrymi krawędziami w ciemnym parku.

Na drugim okrążeniu natrafiłem na moją ulubioną formę zgromadzenia parkowego – stadnych wyprowadzaczy psów. Nosz… Czy Ci ludzie nie widzą, że leząc całą szerokością parkowej alejki blokują całkowicie ruch?!  Do tego te psiaki wałęsają się bez smyczy i celu obwąchując sobie tyłki…

Dwa kółka, i niespełna, cztery kilometry truchtu później natrafiłem na kolejny przejaw anty społecznego zachowania. Jakiś debil ubrał chyba na głowę za ciasny kask, bo zapierniczał skuterem po parku tworząc tumany kurzu, robiąc masę hałasu i tworząc zagrożenie dla wszystkich w koło.

Kiedy już w końcu nadszedł czas na skipy, okazało się, że też nie jest za różowo. Znaleźć stu metrowy kawałek trawy, na której jakiś psiak nie zasadził miny, graniczy chyba z cudem. Ja rozumiem, że gdzieś piesek musi zrobić zdrową kupkę, ale na litość boską, może nie w pasie 2m od ścieżki, bo na tyle wystarcza właścicielowi smyczy!

Rozpoczynając pierwszą serię skipów czułem się świetnie. Do momentu. Już po kilkunastu metrach bokserki, które zazwyczaj zgrabnie opinają moje krągłości i zapewniają mi 2 poziom kompresji medycznej, postanowiły zemścić się za to, że nie zastosowałem podczas ostatniego prania „kapsułek pierących” (pisownia celowa), które tak bardzo poleca Zygmunt Chajzer. Po kilku krokach jak transformers zmieniły swój kształt, tworząc stringi… Podłamany tą sytuacją zacisnąłem zęby (i pośladki) i rąbałem skipy przez kolejne metry. Na moje nieszczęście na ławeczce obok zasiedli członkowie loży szyderców, których najwidoczniej widok krągłego kurdupla w obcisłych gaciach podskakującego jak popcorn na rozgrzanej patelni bawił do rozpuku. Gorzej już być nie mogło. Oczami wyobraźni widziałem jeszcze jak Spotify włącza mi w telefonie Ich Troje i Keine Grenzen, a ja siadam na tej obsranej trawie i płaczę jak dziecko…

Dziś rano czuję lekkie zakwasy, więc trening się opłacił, a to najważniejsze, bo do Berlina zostało już tylko 18 dni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*